Coraz więcej Polaków leczy się prywatnie

Jak wynika z danych GUS, już blisko 40 proc. Polaków korzysta z prywatnych świadczeń medycznych. Na prywatne leczenie decydujemy się głównie z powodu długich kolejek do specjalistów.

Według najnowszego raportu Głównego Urzędu Statystycznego „Ochrona Zdrowia w gospodarstwach domowych w 2016 roku” Polacy, którzy w tym okresie zdecydowali się na specjalistyczne leczenie poza publiczną opieką zdrowotną, wydali na nie średnio rocznie 82,36 zł, a razem z leczeniem stomatologicznym 540 zł.

Z dodatkowych ubezpieczeń lub środków własnych płaciliśmy również za leczenie uzdrowiskowe, rehabilitację poszpitalną, opiekę pielęgnacyjną, a także za leczenie szpitalne. Jak wynika z danych GUS, w 2016 roku 3,5 proc. hospitalizacji finansowanych było z dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych lub bezpośrednio z kieszeni pacjentów. Osoby, które zdecydowały się na zapłacenie za pobyt w szpitalu wydały średnio 1660 zł – wyliczył GUS.
Zdaniem prof. Włodzimierza Piątkowskiego, socjologa medycyny z Uniwersytetu Medycznego i Uniwersytetu im. Marii Curie Skłodowskiej, decyzje Polaków o prywatnym leczeniu to najczęściej konieczność, a nie ich dobrowolny wybór. – Choroba nie może czekać w długiej w kolejce do specjalisty. Z naszych badań wynika, że z tego powodu frustracja pacjentów wciąż narasta, tym bardziej, że odprowadzają składki na publiczną służbę zdrowia. Kolejni ministrowie zdrowia obiecują skrócenie czasu oczekiwania na deficytowe świadczenia medyczne, a realnej poprawy jak nie było, tak nie ma – podkreśla profesor.

Im gorzej, tym lepiej
Prywatna opieka medyczna to już ogromny biznes. Co więcej, aż 90 proc. specjalistów przyjmujących prywatnie, to ci sami lekarze, którzy pracują w placówkach publicznych. W ocenie prof. Włodzimierza Piątkowskiego, to jeden z największych paradoksów polskiej służby zdrowia, że im gorzej dzieje się w państwowej opiece medycznej, tym lepiej jest w prywatnej.
– Okazuje się, że wielu lekarzy pracuje w publicznych placówkach po to, by uzyskać kolejne awanse zawodowe i prestiżowe stanowiska. W poprawie funkcjonowania sektora nie mają żadnego interesu. To nie w porządku. Na prywatną praktykę nie ponoszą też wielkich inwestycji. Często wystarczy tylko gabinet i biurko – tłumaczy socjolog.

Zatrzymać odpływ specjalistów
Na ograniczoną dostępność do specjalistów z NFZ, skutkującą rozwojem prywatnego biznesu medycznego, wpływa również odpływ młodych specjalistów do pracy za granicę. Mimo starzejącej się populacji lekarzy i pogłębiającej się luki pokoleniowej resort zdrowia do tej pory nie zrobił nic, by ich zatrzymać. – Tu należy pilnie wprowadzić radykalne przepisy: albo odpracujesz studia albo będziesz musiał za nie zapłacić. Koszt studiów jednego lekarza wynosi około 200-300 tys. zł. Jeżeli resort nie wprowadzi tych obostrzeń, to nadal będziemy tracić specjalistów i fundować krajom bogatszym od Polski lekarzy wykształconych za publiczne pieniądze – podkreśla prof. Piątkowski.

Takie rozwiązanie dotyczące absolwentów medycyny obowiązują od 2015 roku na Węgrzech. Obligują młodych lekarzy do pracy w kraju przez okres 12 lat, czyli dwukrotnie dłużej niż wynosi okres studiów. Decyzja o wyjeździe oznacza zwrot pieniędzy za studia.

Zapobiegać zamiast leczyć
W ocenie prof. Piątkowskiego, same obostrzenia dla lekarzy zamierzających wyemigrować z Polski, nie wystarczą, by rozwiązać problem ograniczonej dostępności do specjalistycznych świadczeń medycznych na NFZ. Tu przede wszystkim potrzebne są odgórne decyzje dotyczące zamian w finansowaniu sektora. – NFZ przeznacza miliardy złotych głównie na leczenie zaawansowanych chorób cywilizacyjnych, które niestety jest mało efektywne, a wielu przypadkach żadne. Tu nie chodzi o to, byśmy mieli wysoki standard leczenia w słabo rokującej chorobie, lecz przede wszystkim o to, żebyśmy nie zachorowali – mówi profesor.
Jego zdaniem w systemie finansowania państwowej opieki medycznej najważniejszą pozycją powinna być nowoczesna profilaktyka zdrowotna, teoretyczna i praktyczna, która w szkołach powinna trwać kilkanaście lat. – Tak jest w krajach wysoko rozwiniętych, gdzie długofalowa profilaktyka medyczna kosztuje budżet państwa tylko 15 proc, a przynosi 85 proc. korzyści. Profilaktyka zdrowotna podnosi w społeczeństwie świadomość i kulturę zdrowotną, co w efekcie nie tylko ogranicza liczbę zachorowań. Koszty leczenia są mniejsze, kolejki do lekarzy krótsze, a tym samym ograniczone zostaje leczenie prywatne. To jak na razie śpiew przyszłości, ale trzeba zacząć to robić – uważa profesor Włodzimierz Piątkowski.

Beata Gajdziszewska

foto: pixabay.com

źródło: solidarnosckatowice.pl

Komentowanie zamknięte.